...ani czytać czegokolwiek...

Niech będzie przeklęty przez usta Siedmiu Aniołów, którzy przewodzą przez siedem dni tygodnia,
i przez usta tych aniołów, które po nich następują i walczą pod ich sztandarem.
Niech będzie przeklęty przez Czterech Aniołów, którzy przewodzą przez cztery pory roku,
i przez usta wszystkich tych aniołów, które po nich następują i walczą pod ich sztandarem…
Niech Bóg nigdy nie wybaczy mu jego grzechów.
Niech gniew i oburzenie Pana ogarnie go i płonie na jego głowie.
Niech wszelkie przekleństwa Księgi Praw spadną na niego.
I zapowiadamy Wam, że nikt nie może porozumiewać się z nim ani słowem, ani pismem,
ani okazywać mu jakichkolwiek względów, ani przebywać z nim pod jednym dachem,
ani zbliżyć się doń na mniej niż cztery łokcie, ani czytać czegokolwiek, co on napisał.

Fragment ekskomuniki wg Richard H. Popkin, Avrum Stroll, Filozofia, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 1994.

poniedziałek, 2 października 2017

Twarz zza okna

Doszedłem do końca korytarza. Zawróciłem. Dotarłem do ubikacji, zatrzymałem się przy drzwiach, spojrzałem w głąb następnego wagonu — ten także był pusty.
Wróciłem do przedziału. Zapaliłem. Spojrzałem w okno. Noc rozmazywała się na szybie mokro i powłóczyście. Gdzieś za strugami bitego wiatrem deszczu dostrzegłem na wpół przezroczystą twarz i oczy — zapuchnięte, obce, dalekie. Ta twarz przebijała się pracowicie poprzez drzewa i słupy trakcyjne, biegła poprzez pochmurny firmament, leciała przez trawy wysokiego nasypu.
Twarz bez ciała, bez nóg i ramion, oblicze bez domu, gęba płynąca idiotycznie ponad torami, bita krzewami i drzewami, chlastana łodygą, nurzana w bagnach, przeciągana po szosie, ciskana w kamienie, twarz jak kserokopia napylona niechlujnie na rozmyty krajobraz. Leci i patrzy. Stamtąd patrzy. I leci. Chociaż właściwie, to ja patrzę na nią, po to, aby ona mnie widzieć mogła i dopiero wtedy patrzy. A więc to moje spojrzenie, moje patrzenie ją wytwarza. Stąd ona. Stąd przeciwko mnie się obraca.
Podniosłem rękę, aby zmazać, lub choćby rozmazać po szybie tę bladą gębę, ale moja ręka dodała się do tamtej twarzy, urealniła ją bardziej jeszcze. Z ogromnym wysiłkiem ściągnąłem ją obiema rękami z nasypu, wciągnąłem do przedziału, otrzepałem z błota i z darni, nakleiłem ją na swoją — przedziałową, suchą, ciepłą i czystą.
Przez krótką chwilę zmagały się ze sobą, aż uformowały się w dwuwarstwowe oblicze, przy czym tamta, zewnętrzna, ociężała, przesiąknięta deszczem, pozostała na wierzchu.
Otuliłem obydwie w okienną zasłonę.
Zasnąłem owiany zapachem mokrej ziemi, trawy i liści.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz