...ani czytać czegokolwiek...

Niech będzie przeklęty przez usta Siedmiu Aniołów, którzy przewodzą przez siedem dni tygodnia,
i przez usta tych aniołów, które po nich następują i walczą pod ich sztandarem.
Niech będzie przeklęty przez Czterech Aniołów, którzy przewodzą przez cztery pory roku,
i przez usta wszystkich tych aniołów, które po nich następują i walczą pod ich sztandarem…
Niech Bóg nigdy nie wybaczy mu jego grzechów.
Niech gniew i oburzenie Pana ogarnie go i płonie na jego głowie.
Niech wszelkie przekleństwa Księgi Praw spadną na niego.
I zapowiadamy Wam, że nikt nie może porozumiewać się z nim ani słowem, ani pismem,
ani okazywać mu jakichkolwiek względów, ani przebywać z nim pod jednym dachem,
ani zbliżyć się doń na mniej niż cztery łokcie, ani czytać czegokolwiek, co on napisał.

Fragment ekskomuniki wg Richard H. Popkin, Avrum Stroll, Filozofia, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 1994.

poniedziałek, 9 lipca 2018

O potrzebie wybaczenia




Za oknem przedziału małe światełko. 
Przez moment myślałem, że to ognik mojego papierosa tańczy na szybie. Poruszyłem nawet ręką, aby się upewnić czy to blask zza okna, czy z mojej dłoni odbija się w szkle. Iskierka nie reagowała jednak. Była odległa. Leciała równolegle wzdłuż odgradzającej ją od pociągu płaszczyzny. Jeden, jedyny, zagubiony, od czegoś oderwany, zatopiony w ciemnych przestrzeniach ognik. Jakby dalekie okno w pokoju zatraconego pomiędzy polami domu. Starej chaty. W chacie ludzie. I lecą. Jak ja lecę w pociągu. Bo i ziemia cała poprzez przestrzeń nocy leci. Tam ludzie — dalecy, maleńcy, przycupnięci wraz ze swoim pochylonym nad ziemią domkiem. 
Dwoje zmęczonych rolniczym obrządkiem staruszków.  A także samotna synowa z córką. Wdowa po zmarłym przed rokiem mężu. Widzę babcię z książeczką do nabożeństwa w dłoni: twarz jak ususzone jabłuszko, dłonie z żyłek uplecione, już nie do pracy, ale wciąż czynne, ciągle czujne, doglądające, nieustannie cierpliwe w obrządku poprawiania, przesuwania, porządkowania, układania i nawet, gdy już w kołysce wieczornej modlitwy głowa do snu się mocno kolebie, te ręce już na kołdrze, a wciąż niespokojne, wciąż poprawiające fałdy na pościeli, wyrównują mankiety nocnej koszuli, niestrudzenie obiegają przestrzeń w poszukiwaniu nierówności, nieścisłości, nieprawidłowości.
I cóż te ręce będą robiły w tym odległym zaświecie, do którego pracowicie, ścieżką swojej modlitwy ich właścicielka, staruszka pani Genowefa, krok po kroku zmierza? Co będą tam poprawiać, porządkować, wyrównywać?  
Czy Bóg jest na tyle mądry, że rozumie, iż trud to jedyna gleba, na której wyrosnąć mogą małe radości codziennego odpoczynku? Czy rozumie, że szczęście istnieć może jedynie jako kontrast, jako rzadki kwiat na poletku pełnym chwastów? No, bo jeżeli tam, w niebie nie ma żadnych chwastów, a tylko kwiaty, to kwiaty są chwastami i trzeba je tępić, aby…Aby co? Aby pozostała goła ziemia? A czy goła ziemia, naga, odarta z kwiatów łąka, może być częścią nieba? 
Jeżeli niebo warte ma być ziemi, a nawet - jak mówią - znacznie wartościowsze i lepsze i doskonalsze — musi być ono, to niebo, przede wszystkim żywe i zmienne, tętniące, niespokojne; niebo musi być jeszcze do zrobienia, bo człowiek istnieje po to, aby zmieniać i poprawiać. Człowiek sam jest wciąż do zrobienia i inaczej być nie może. 
Człowiek musi grzeszyć, powstał bowiem, aby szukać, zmieniać i poprawiać, a więc wciąż błądzić i nieustannie próbować. Dlatego, że nie szukać, to znaczy umrzeć — umrzeć nawet dla nieba, zwłaszcza dla nieba, a szukać to znaczy mylić się i błądzić, a mylić się, to grzeszyć i krzywdzić, to pozostawiać innych, pozostawiać obcych oraz bliskich w cieniu, poza sobą. I pozostawiać także siebie poza sobą. 
Bo trzeba niekiedy siebie zdradzić, aby móc do siebie powrócić i sobie przebaczyć. Bo bywa i tak, że już nikt człowiekowi przebaczyć nie chce, więc musi przebaczać sobie sam, aby nie zapomnieć jak w ogóle się wybacza. I po co. Ale przecież bywa i tak, że człowiek nie może już wybaczyć sobie i wtedy musi pójść i znaleźć kogoś, komu przebaczyć będzie w stanie. Musi odnaleźć jakichś grzech, jakąś zbrodnię i jakiegoś przestępcę po to, aby móc mu wybaczyć bo tylko tak obudzić może w sobie pamięć cnoty. 
Bo wybaczyć drugiemu, to wybaczyć nieco gorszemu i przez to samemu się nieco podnieść. 
W stronę obudzonego w sobie Boga. 
Albo człowieka. 
Jeszcze możemy wybierać. 
W niebie, gdzie wszyscy i na wieczność będą przebudzeni — nikt nam już niczego nie wybaczy. 

piątek, 15 grudnia 2017

Święty skrzek




Wynurzyłem się z odmętów wirtualnych kręgów – siedmiu albo i więcej – gdyż coś mi pod drzwiami zaskrzeczało. Czyżby rzeczywistość upominała się o swoje miejsce w moim życiu? Czy to realność, pospolitość, zwykłość, codzienność włazi mi tu, do pokoju, podczas gdy ja leżę w wirtualnej sferze? Już miałem cisnąć w stronę owego skrzeku gumowym kapciem na grubej podeszwie, gdy w szparze pomiędzy drzwiami zauważyłem skrawek rudego futra, za którym postępował pysk, przednie łapy, a wreszcie tułów dopełniający anatomicznej całości stworzenia zwanego Bździunią.
Czego tu chcesz kocie? – zapytałem ssaka, który podpełznął w pobliże łóżka, a następnie zwrócił pysk w stronę stojącej w rogu pokoju palmy. Chcesz znęcać się nad niewinną roślinką? Chcesz gryźć, drapać ocierać swój zwierzęcy, fałszywy, wąchaty, koci, otłuszczony rybną saszetką pysk i rozwieszać na sypialnianym flancu napastliwe, zaborcze feromony, aby później utrzymywać, że ten kwiat, jak zresztą też łóżko, nocny stolik, wszystkie krzesła w domu, a także drzwi, torby foliowe, szafy i kapcie są twoją własnością?
O nie, ten pokój jest nasz i tylko nasz. Ten pokój, w którym śpimy, czytamy, a także niekiedy się przytulamy, jest prywatny, małżeński, intymny, pozostałym ssakom niegościnny.
Tutaj panuje bezkociość całkowita i panuje od samego początku, od kiedy w tym domu zamieszkaliśmy. I jest to bezkociość bezdyskusyjna, totalna, nieznosząca sprzeciwu – kategoryczna i despotyczna.
Cały dom ci nadskakuje, ulega, ustępuje, wręcz łasi się do ciebie. Wszędzie jesteś głównym lokatorem, ale nie tutaj. Tutaj panuję ja i Kasia. Kasia i ja. Tutaj występuje – w przeciwieństwie do reszty pomieszczeń – bezsierściowość.

Idź te swoje biadolenia wygłaszać gdzie indziej, na balkon na przykład. Żebyś choć zamiałczeć zwyczajnie umiał; tak, jak inne, normalne proszące o strawę, albo o kwiatka koty. Ale nie — ty skrzeczysz jak żaba, jak stare zawiasy, jak stuletnia skrzynia odkopana na Saharze.
Idź już, idź i zamknij drzwi.  
Zatrzasnąłem laptopa i położyłem głowę na poduszkę. Dopiero teraz usłyszałem, że w pokoju gra radio. W tle, niegłośno, nastrojowo, świątecznie. Jak miło, że tak gra, jak ładnie śpiewa Bing Crosby White Christmas , a po nim  Elvis Presley Lonely i This Christmas, a za nimi Chris Rea w Driving Home For Christmas, no i oczywiście George Michaela w swoim Last Christmas. I już w chwilę później Stille Nacht w trzech językach po czym, po krótkich wiadomościach, kolędy polskie. Śliczne. A nieco później, ale za to przez całą godzinę będą polskie pastorałki z Podhala.
I nagle zrozumiałem, co mi od dwóch mniej więcej godzin, nie pozwala na pełne, swobodne, spokojne rozkoszowanie się wirtualną emigracją. Oto zmieniając portale społecznościowe, przeskakując pomiędzy tematami, rzucają się w różne rejony ziemi, wszędzie tam, gdzie mnie na kształt latającego dywanu poniósł laptop — słyszałem radio, z którego kapała, sączyła się, ciekła, a następnie lała się Wszędobylska, Uniwersalna Pieśń Wielkanocna.
Poprzez dzieciństwo, młodość i dojrzałość: wszędzie i zawsze ta sama i tak samo śliczna i tkliwa i wzruszająca.
Jak, nie przymierzając, landryna w wymiocinach.
A wszak już od dawna nie wierzę w Mikołaja, od kiedy pamiętam nie lubię zimna, nienawidzę śniegu, kpię z bałwana, wzdragam się przed łyżwą i sankami, nie spożywam ciał innych ssaków, nie wierzę w trzech króli, tudzież w w ducha świętego, nie uznaję zabijania karpia i wycinania drzewek, brzydzę się zakupami, krew we mnie się gotuje, gdy mam gotować dla innych, tym bardziej, że cała moja emigracyjna rodzina, to żona Kasia i kicia Bździunia.

Kasia jest jeszcze w pracy, a ssak znów jęczy pod drzwiami.
Choć koteczku, choć, poskrzecz mi trochę.
A później wskocz na parapet i pogryź kwiatuszka.
Niech to będzie twoja choinka.

Gdzie ten pilot do cholery!


poniedziałek, 4 grudnia 2017

Wróg w łóżku

Źle jest, gdy ze sobą jest się tylko, albo głównie wtedy, gdy sytuacja do tego zmusza.
Albowiem za sobą powinno się tęsknić, do spotkania ze sobą dążyć, siebie oczekiwać i ku sobie uparcie zmierzać.
Choroba, którą odbyć trzeba w łóżku i w samotności wymaga, albo też raczej pomaga, w kontakcie ze sobą i to jest dobry powód do pogaduchy w pobliżu poduchy. Jednak, gdy na codzień ze sobą nie dość obcujemy, takie spotkanie stać się może zaskakująco ciężkie, drażniące i bolesne, co obok niewygód i cierpień wywołanych tą, czy inną niedyspozycją, wytworzyć może nam na czas choroby małe białe łóżkowe piekiełko, znacznie bardziej niestrawne dla ciała i dla ducha, niż mogłoby się to na pierwszy rzut temperatury wydawać. 
Oto natrafić można bowiem w łóżku na człowieka mało sobie znanego, albo wręcz obcego. Kogoś, kto nie chce z nami nawiązać kontaktu, kto podczas najbardziej nawet uprzejmego zagadnięcia o pogodę, lub o stan zdrowia, odwraca się na drugi bok i natychmiast, mniej lub bardziej szczerze, zasypia.
A przecież może być jeszcze gorzej; człowiek ów, pod wspólna kołdrą napotkany, pokrzywiać nam się zacznie, grać na nosie albo – gdy odwrócimy się na drugi bok by sięgnąć po kubek z herbatą tudzież po rogala – opluje nam ukradkiem plecy lub obetrze zasmarkany nos w naszą pidżamę.
Dlatego warto jest przyjaźnić się ze sobą na codzień, warto zagadywać do siebie, banalnie choćby – na przykład o złej pogodzie lub kiepskich popisach naszych narciarzy podczas ostatniego konkursu skoków w S.
Warto jest wymieniać ze sobą co jakiś czas niemądre choćby poglądy, tudzież raz dziennie wejść z lustrem w lekki spór polityczny.
Dobrze jest się w sobie nieco rozeznać, zaznajomić, a być może nawet miejscami polubić, aby nie natrafić podczas choroby we własnym łóżku na antagonistę, wroga lub – co zdarzyć się może także – oślizgłego pochlebcę.
Chociaż z miłością też bym nie przesadzał. 

niedziela, 22 października 2017

Którzy przeszkadzacie mi w cierpieniu

Oni ożywają wtedy, gdy inni umierają.
Śmiercią karmi się zarówno ta partia, jak i ta wiara.
Wiara w człowieka (lub też w boga) na krzyżu. Oni mówią mi, że powinienem — ba, że muszę wciąż przeżywać czyjąś śmierć. Śmierć ich boga (lub też człowieka) na krzyżu, a także śmierć tych, którzy zginęli w prezydenckim samolocie.
Piękni to byli ludzie — podobno mądrzy, dobrzy, taktowni.
Prawie jak ten pan na krzyżu, którego ciało przynoszą nam wciąż kapłani przed oczy.
Mam na ten temat swoje zdanie — byli ludźmi.
Dlaczego nie pokażą, dlaczego nie zwizualizują ciała tego Prezydenta Który Nam Zginął tak, jak ukazali młodego Żyda na krzyżu z otwartą raną od ciosu włócznią? Wszak nieporównanie mocniej działałby na emocje tłumu widok zmasakrowanych zwłok człowieka, aniżeli uśmiechnięta, upiększona w programie graficznym, mądra i łagodna twarz tego, Który Zginał i Jego Żony.
Ktoś tym ludziom odebrał życie? Ktoś zły, ktoś bardzo okrutny? Taki sam, jak ten, który zdradził i zaprowadził Jezusa na krzyż? Mam prawo w to nie wierzyć. I z prawa tego w zaciszu sumieniu mojego korzystam.
Tylko, że wy mi w tym przeszkadzacie.
Ja chciałbym bardziej o kruchości ludzkiego losu i ludzkiego ciała pomyśleć. O tym, jak bardzo bezradni jesteśmy i bezbronni i krótkotrwali. Jak ulotne są nasze miłości, namiętności, nasze sny i nasza — najsilniejsza nawet — wola trwania.
A wy każecie mi nienawidzić. I pokazujecie, kogo nienawidzić mam. Bo — być może — z mojej nienawiści powstaną demony, które pójdą do was na służbę. Z niechęci zrodzą się szakale, które pobiegną, aby służyć wam — hienom.
Podnosicie na placach krzyże ze zwłokami człowieka, który — jak mówicie — umarł za was, a spodem, za sobą, wzdłuż ulicy, ciągniecie inne jeszcze ciała; porozrywane przed laty w katastrofie ludzkie szczątki.

I łączycie człowieka umarłego kiedyś na krzyżu z tymi, zmasakrowanymi w katastrofie ciałami, krzycząc, że ludzkie zło ich zabiło i że wiecie jakie to zło i jacy ludzie. Wycieracie sobie metafizycznymi i namacalnymi trupami ręce i twarze, a później — zakrwawieni, bo nigdy do końca z krwi nie domyci, siadacie do kolacji, dysząc i wypluwając w talerze tę swoją urojoną nienawiść.

Tak też zasypiacie; szczelnie w nienawiść okutani.
Powiecie, że nie na miejscu jest porównywanie cierpień i licytowanie, segregowanie, wartościowanie różnego rodzaju śmierci. A ja wam powiem, że na świecie istnieją większe zła i gorsze cierpienia, od gwałtownej śmierci w uderzającym o ziemię samolocie, a także od bólu ciała przybitego do krzyża. Każdego dnia ludzie cierpią straszniej i są bardziej osamotnieni od waszego Jezusa, na którego czekał ojciec w jasnym niebie.
Wielki ból trwa w milczeniu, gdyż przekracza barierę słów i nie umie się w nich dostatecznie wyrazić.
Najszczersze współczucie zamyka się w ciszy, bo obawia się banalnością werbalnej pociechy dotknąć materii smutku.
Wy — rozkrzyczani i zaperzeni, wy — sunący pod wielkimi transparentami wzdłuż ulicy, wy, którzy zawsze wiecie, z której strony stoi kamera; wy — mali i rozszczekani — brzydko mojej ulicy z wami pośrodku!




 

poniedziałek, 2 października 2017

Twarz zza okna

Doszedłem do końca korytarza. Zawróciłem. Dotarłem do ubikacji, zatrzymałem się przy drzwiach, spojrzałem w głąb następnego wagonu — ten także był pusty.
Wróciłem do przedziału. Zapaliłem. Spojrzałem w okno. Noc rozmazywała się na szybie mokro i powłóczyście. Gdzieś za strugami bitego wiatrem deszczu dostrzegłem na wpół przezroczystą twarz i oczy — zapuchnięte, obce, dalekie. Ta twarz przebijała się pracowicie poprzez drzewa i słupy trakcyjne, biegła poprzez pochmurny firmament, leciała przez trawy wysokiego nasypu.
Twarz bez ciała, bez nóg i ramion, oblicze bez domu, gęba płynąca idiotycznie ponad torami, bita krzewami i drzewami, chlastana łodygą, nurzana w bagnach, przeciągana po szosie, ciskana w kamienie, twarz jak kserokopia napylona niechlujnie na rozmyty krajobraz. Leci i patrzy. Stamtąd patrzy. I leci. Chociaż właściwie, to ja patrzę na nią, po to, aby ona mnie widzieć mogła i dopiero wtedy patrzy. A więc to moje spojrzenie, moje patrzenie ją wytwarza. Stąd ona. Stąd przeciwko mnie się obraca.
Podniosłem rękę, aby zmazać, lub choćby rozmazać po szybie tę bladą gębę, ale moja ręka dodała się do tamtej twarzy, urealniła ją bardziej jeszcze. Z ogromnym wysiłkiem ściągnąłem ją obiema rękami z nasypu, wciągnąłem do przedziału, otrzepałem z błota i z darni, nakleiłem ją na swoją — przedziałową, suchą, ciepłą i czystą.
Przez krótką chwilę obie twarze zmagały się ze sobą, aż uformowały się w dwuwarstwowe oblicze, przy czym tamta, zewnętrzna, ociężała, przesiąknięta deszczem, uformowała się na wierzchu.
Otuliłem obie w okienną zasłonę.
Zasnąłem owiany zapachem ziemi i liści.

czwartek, 28 września 2017

Skrzydła w tramwaju

Widzę, w jaki sposób obcujesz ze sobą, jak mizdrzysz się do siebie i zabiegasz o swoje względy…Ohydne to i upokarzające!
I te skrzydła, które każdego wieczoru wyciągasz z szafy i przypinasz do pleców idąc do łóżka.
Tak, w świecie onirycznym łatwo być Ikarem – z każdej przestrzeni opada się ostatecznie na poduszki.
Daj piórom wiew poranka, wyjdź w skrzydłach na balkon albo na ulicę, idź w nich po zakupy, albo wnieś je do tramwaju, pokaż ludziom, że je masz, że są w piórach niekompletne i wystrzępione, bo kiedyś wszak latałeś, nie wstydząc się tego, że są nierówno skrojone i dlatego wciąż zataczasz nieporadne kręgi nad parkiem, a w locie zawadzasz o drzewa i o latarnie.
Zatrzepocz nagle skrzydłami w tłumie, spróbuj wzbić się na pobliski balkon lub na dach najbliższej kamienicy.
Przypomnij gapiom – bo może już zapomnieli – i sobie samemu przypomnij, jak raz udało ci się wzbić ponad wieżę Kościoła Garnizonowego i ile przy tym na dole było zamieszania.

Obudź w sobie dystans do siebie jako nielota, pobudź obcość i nieufność.
Przywołaj w sobie ptaka i naucz go latać.
Wyhoduj w sobie wilka i schwyć go niekiedy za pysk.
Nie unikaj pogryzienia.
Zaufaj impulsom.


wtorek, 26 września 2017

Wahadło

Prawda jest jak nazbyt lekkie wahadło, które poddaje się najdrobniejszym wibracjom przestrzeni, odchylając się w każdą możliwą stronę — wahadło niezdolne do zatrzymania się, do wyznaczenia jednego stałego punktu pod sobą. Każde oddziaływanie na jego ruch, może być uchwycone jako autonomiczne wydarzenie, mogące być poddane osobnej interpretacji, za pomocą przypisanego mu wahadła.

poniedziałek, 25 września 2017

Tomasz Stawiszyński w rozmowie z Bohdanem Chwedeńczukiem

Bohdan Chwedeńczuk
To jaki wobec tego gest wykonuje Kołakowski w swojej książce – mówiąc tam między innymi, w duchu zresztą swoich gdzie indziej wyrażanych przekonań, że Jezus jest wielkim mitem europejskiej kultury, że jest w tym sensie ważny i żywy, a wreszcie, że niejako naszym obowiązkiem jest się wobec Jezusa i jego przesłania tak czy inaczej gruntownie określić? To, pana zdaniem, zabieg tyleż niepotrzebny i bezpłodny filozoficznie, ile efektowny, bo jakoś przecież przemawiający do obrazów i emocji, które faktycznie w wielu mieszkańcach tej kultury ciągle pracują?

Tomasz Stawiszyński 
Nie sprowadzi mnie pan na manowce, nie uznam tego za gest, choć muszę się opierać pokusie. Mam przed sobą tekst autora wypowiadającego bez dania racji głęboko religijne twierdzenia i dramatycznie wzywającego nas wszystkich, byśmy się opamiętali, bo zginiemy. Opamiętanie natomiast może mieć tylko jedną postać, na jednej tylko drodze może się dokonać: przez „dostęp do Jezusa – człowieka lub Boga – zawsze osoby”.
Rozważmy więc obie ewentualności, które zdaje się dopuszczać Kołakowski. Mówię „zdaje się”, bo trudno oprzeć się wrażeniu, że ma Jezusa za Boga, i wtedy dopiero rzecz nabiera powagi. Jeśli Jezus jest człowiekiem, mam prawo słuchać go lub nie słuchać, jak każdego człowieka, a jego opowieści religijne o zbawieniu, grzechu, Bogu i Królestwie, o tym, że „wszystkie wartości doczesne są względne i drugorzędne”, mogę bez popadania w absurd między bajki włożyć. Ba, mogę w ogóle tym językiem się nie posługiwać.
Jeśli zaś jest Bogiem – to stawiam się przed boskie oblicze z wyzwaniem Sokratesa. Stworzyłeś Panie świat wraz z logiką, jak mam więc uporać się z alternatywą, że Twoja moralność jest arbitralna, dowolna, gdy ją polecasz, bo ją lubisz, albo obowiązuje, gdy polecasz ją, bo jest skądinąd dobra; wówczas jednak nie jesteś źródłem, a przekaźnikiem. Ufam Ci jednak Panie, że masz na to sposób. Cóż, kiedy mam kłopot kolejny: dlaczego Wszechmocny i Wszechdobry dopuściłeś do tego, że musimy w panice uciekać się do Ciebie, by pod Twoim opiekuńczym okiem uniknąć zagłady.

Mówiąc zwyczajnie i dobitnie, posłuszeństwo słowom Jezusa jako słowom świętym – a tego domaga się Kołakowski – wymaga wiary w jego boskość.

Wiara rzecz jasna za nic ma logikę i teodyceę, za nic ma rozum, o czym wiedział skądinąd Paweł z Tarsu. Kłopot w tym, że wiara – każda, niezależnie od jej treści, wiara jako stan umysłu – to narzędzie niewydajne, a bywa niebezpieczne jako środek naprawy naszego świata.


➤ Cywilizacja rozumiana jako proces, musi się rozszerzać, nawet wtedy, gdy drąży w głąb człowieka. I musi mieć do tego narzędzia. A więc technologię — w tym technologię myślenia. Cywilizacja nietechnologiczna nie istnieje. W dłuższym, lub krótszym ujęciu czasowym człowiek, grupa etniczna, czy kulturowa, musi tworzyć nowe narzędzia, choćby po to, aby dostosowywać się do zmieniających się, w tym do zmienianych przez siebie, warunków. Musi więc łamać stereotypy i zaprzeczać starym wierzeniom. Z czasem wierzeniom w ogóle. 
Na tym tle każda religia przeistacza się z czasem w zatęchłe bagno, którego wyziewy odmieniają strukturę mózgu, a plastyczność podłoża więzi nogi taplającym się w nim wyznawcom tej, lub innej deistycznej metafizyki.  
Bagienne opary gęstnieją, spróchniałe kikuty drzew i krzaków świecą nie złowieszczo, ale mistycznie, pobliska łąka wydaje się oddalać, staje się nieosiągalna, zamienia się w fatamorganę, ułudę, kłamstwo. 
Sytuacja, im bardziej staje się tragiczna — tym bardziej mistyczna. 
Nie szarpmy się, nie szukajmy wyjścia... Módlmy się, kontemplujmy, cudu oczekujmy... (KS)

Podprowadzacz


Czy się boję? — myślał przez chwilę, jakby naprawdę zastanawiał się nad odpowiedzią. A przecież znał ją od dawna. Brzmiała ona: „Nie wiem”. Bo nie wiedział. Nie wiedział jak odpowiedzieć na pytanie postawione w ten sposób. A przecież wszyscy niemal je tak stawiali. Więc odpowiadał. Niekiedy, że tak, a innym razem, że nie. Zależy, kto pytał. Ale odczuwał trywialność tego pytania i banalność własnych odpowiedzi. Boję się, nie boją się, boję się trochę…To wszystko. A przecież, a przecież… Ale co tu właściwie mają do rzeczy jego osobiste obrachunki ze śmiercią. Jego uczucia, jego lęki i nadzieje… Kapłan — o ile wzywa go wierzący — winien wspomóc umierającego w wyprawie na tamten świat w sposób przede wszystkim, o ile nie jedynie, techniczny. Obrządek spowiedzi, pomazanie… Tak, to podprowadza pod drzwi tylko, no — w miejsce, gdzie te drzwi podobno się znajdują, ale całe wcześniej, jak i całe później, to są rzeczy jedynie jego. Moje. Moje i Boga. Boga i moje. Nasze. Nie, jego, tego Podprowadzacza.

Ani filozofia, ani biologia, ani psychologia, nie jest jego domeną, ale choćby nawet wszystkie te nauki do cna zgłębił — nie odpowiedziałby do końca na żadne z jego pytań. Oparty o ten swój dogmat, o baśniowy, prościutki schemat świata, nachyla się nad oceanem ludzkiej trwogi i na wody, których objąć wyobraźnią swoją nie jest zdolny, na wody te kładzie kadzidlane formułki, niby ciasteczka, niby czapeczki bitej śmietany i żywioły głosem bezbarwnym, obojętnym, wyuczonym kanalizować, uspokajać, wygładzać zamierza. Czy ten facet, tam, na krześle, gotów jest, umie, chce go choćby zrozumieć?
Czy go w ogóle słyszy?

Uśmiechnął się boleśnie do pomyślanego pytania. Nie, ten facet na pewno nie. Wszak go znał. I nagle naszła go ochota unieść się na posłaniu i strzelić tamtego znienacka w mordę. A później splunąć mu w twarz i patrząc, jak obciera ze śliny oczy — umrzeć uspokojonym. Albo nie, może lepiej byłoby włożyć tamtemu palec w oko. Głęboko, aż do mózgu. Niech zawyje, niech się przerazi. Niech ze zdziwienia i z lęku i z bólu zagada po ludzku, niech wrzaśnie, zapłacze, niech twarz szczerą obnaży.

Niestety, nie miał nawet dość siły, aby sięgnąć do szuflady po papierosa.

— Przepraszam, czy ojciec jest pedofilem? Głos Andrzeja był całkiem obcy, ale czuł, że to on powiedział.
Że wreszcie to powiedział.


K. Salak. "Przytul mnie ojcze". Fragment

Urbański o Kancie


(…) Myślę, że Kant się mylił, bo uwierzył w ludzką wolę do wyrzeczeń. Wierzył, że istnieje granica, której człowiek nie przekroczy. Że potrafi się zatrzymać i powstrzymać. To chyba jego najpoważniejsza pomyłka. A my jesteśmy istotami zachłannymi. Anatol France zachwycił mnie kiedyś lapidarną definicją – człowiek to bydlę z muszkietem. Jasne, też. Ale człowiek to przede wszystkim bydlę wszystkożerne. Pragnie przeżuwać wszystko, co go otacza. Do tej pory żarł to, co stworzyła natura. Potem wykonał wielki skok i zaczął pożerać wytwarzane przez siebie przedmioty. Teraz, kiedy pojawiła się taka możliwość, będzie żarł innych ludzi.

Nie widzę żadnej przesłanki, że to się da powstrzymać. Kiedyś wierzyłem w księgi, dziś otaczają mnie ich tysiące i w żadnej z nich nie dostrzegam pocieszenia. W żadnej nie dojrzałem recepty na to, jak ludzkość ma się ograniczać. Jak ma się bronić przed sobą. Nie słuchamy nikogo. Ani historii, ani filozofii, ani mędrców. Wątpię, czy ludzkość rzeczywiście się czegoś uczy.

(…) A może Kant mylił się w samej istocie swej obserwacji – że z autonomii wolności musi rodzić się moralne prawo? Ale cóż mamy zrobić, kiedy wolność jednostek produkuje masową potrzebę pożerania świata?

A Urbański

"Wojna o której nie chcieliśmy wiedzieć".

niedziela, 24 września 2017

Słowo o wspomnieniach


Kołyszą się w nas, kolebią, telepią, albo płyną, szybują, lub też idą w nas przygarbione na przełaj, w poprzek chwil, które zamarły w drodze do jutra. Chwil, które otarły się o nagle wyrosłe im na drodze wspomnienie i zawirowały i zaczęły spóźniać się za ciałem.
Bo biologia idzie w nas nieustannie, wciąż i w jedna stronę, popchnięta palcem Entropii, rozsiewając po drodze spróchniałe komórki naszego ciała, zużyte neurony i osypujące się z nas molekuły. Ubywamy, ale — ubywając wciąż i niestrudzenie — stoimy w tejże chwili we wspomnieniu, bezpieczni, dawni, wcześni, inni. I stoją w nas on i ona, i tamto, i wtedy.
Wspomnienie potwierdza naszą nam tożsamość, ciągłość nas w nas, upewnia, że my tutaj, teraz i w tym otoczeniu, to my tamci, tam i wtedy i że nasze dzisiejsze uczucia są konsekwencją tamtych, ich wynikiem, ich continuum, ich nieuchronnością.
Bo przecież, nawet wspominając, jesteśmy materiałem na następne, na jutrzejsze wspomnienia.
Ale to nie wszystko, bo wspominając to, co wspominamy i jak wspominamy, i dlaczego wspominamy, wpływa na nas, na nasz sposób wspominania nas dzisiejszych, gdy jutro przyjdzie na wspomnienia pora.
Bo wszak wspominamy z jakichś powodów, a nawet przeważnie w jakimś celu. Tak zresztą jak w jakimś celu śnimy, co śnimy. Napięcie pomiędzy ścianami przeżywanych wrażeń organizuje przestrzeń dla tych snów, które właśnie przychodzą.
To nieprzeżyte do końca uczucia i niewypowiedziane słowa, wytwarzają zapotrzebowanie na określone kształty i barwy snów, także snów przeżywanych na jawie — chociażby wspomnień.
Wspomnieniami reagujemy lub odreagowujemy to, co dzieje się w obrębie emocji. Sny i wspomnienia oczekują na dopuszczenie do świadomości, jak widzowie na wejście do sali kinowej. Z tym, że w przypadku wspomnień to, co porusza się przed naszymi zmysłami, wydaje się być świadome.
Granice mogą być jednak płynne, gdy na przykład wspominając, zasypiamy, albo, gdy śniąc budzimy się i nadal smakujemy senne rojenia, dopisując do nich lub uzupełniając w nich te fragmenty  i wątki które były, lub mogłyby być (w naszym mniemaniu) wymienione na lepsze. Gdybyśmy tylko mogli nasze sny reżyserować, gdybyśmy mogli je formować, malować, organizować, katalogować — zapisywać jako pliki medialne na dysku swojego komputera.
Niestety, ale i bardziej jednak chyba na szczęście, emocje nasze, kształtowane głównie poza logiką, nie poddają się analitycznym zabiegom, uchylają się mentalnym półkom i buchalteryjnym podziałom.
A my, poprzez to, co podsuną nam one w snach, wspomnieniach i marzeniach, roimy inność naszego bytu, aby go chronić ku bardziej przewidywalnemu jutru.

niedziela, 1 stycznia 2017

Widok z parapetu

Te wasze gęby bezpowodnie rozradowane. Te wasze emocjonalne orgietki na bazie płynów oszałamiających. I usta — jak wodne młyny w których żarna zębów uruchamiane kolejnymi haustami alkoholu, rozcierają zgromadzone na stołach pokarmy. Tu wszelakie pożywienie — bita śmietana z fragmentem kaczki, świński zadek z krowim jęzorem, ogórek konserwowy z tortem ananasowym, między paszczękami zgodnie się jedna.

Tak, bez wątpienia to wasz wieczór, Najważniejszy Wieczór Roku do którego — choć on, ten rok, stary, słaby i zgarbiony — nie wahacie się strzelać z korków od szampana i z petard. Ubić starucha, przepędzić na cztery pierdy, zatopić w alkoholu i wymiocinach, które o czwartej nad ranem wyprowadzacie z gardzieli poprzez parapety i deski klozetowe. Szybciej, szybciej go przegonić! Mocniej, boleśniej dokopać, nabluzgać, a później spuścić na siwy łeb wodę w sedesie.
Spłukać zakałę ze świeżym kałem!
Wy nie umiecie inaczej — tylko frenetycznie, tylko z przesadą, tylko z wódką w jednaj i z petardą w drugiej dłoni. W jednym kąciku waszych ust mieszka nienawiść, epitet i plwocina — w drugim miłość, wzruszenie i ekstaza. Opluwacie i całujecie w tym samym momencie. Przytulacie jedną ręką, a drugą, z załzawionymi od wzruszenia oczami, łapiecie za szyję aby zmiażdżyć gardło.

Strasznie tak siedzieć przy was i patrzeć na te wszystkie czerwone, spocone, nabrzmiałe od pijackich, wzajemnie jakby wykluczających się emocji oblicza.
A jeszcze nie skończyliście bliźnim ubliżać, jeszcze wiszą w ciężkim od waszych oddechów powietrzu słowa którymi chłostaliście przed chwilą waszego znajomego, krewnego czy polityka, a już szukacie policzka najbliżej was stojącego brata w biesiadzie by obkleić jego twarz udawaną serdecznością i załganym życzeniem.
Miłość płynie z waszych ust jak posoka z aorty — gładko i spektakularnie.
Nienawiść tryska z waszych krtani, jak z woda z rynkowej fontanny, do której przebiła się zawartość armatury miejskiej kloaki.
A później wzdychacie, jęczycie i ciągle klniecie. Tak zaczynacie ten nowy, dobry, piękny rok. Taki kształt mu nadajcie, a później, jak zawsze pod koniec grudnia, dziwicie się jaki on był zły, brudny, nieszczęśliwy, nieudany.
Tak nieudany i tak nieszczęśliwy, jak wy nad ranem.
Którzy snujecie się pośród okaleczonych artefaktów waszego karłowatego emocjonalnie świata — wy obojętni, nienawistni, byle jacy…
Patrzę na was ze swojej małej wysepki jeszcze nieobrzyganej części parapetu i zastanawiam się, kiedy sprzątniecie mi kuwetę i kto napełni wylizaną miseczkę.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Uratować karpia



Dzisiaj rano postanowiłem uratować komuś życie.
Dawno nie ratowałem — pomyślałem sobie. Życie jest kruche, piękne i (wbrew temu, co głoszą przeróżni prorocy) niepowtarzalne. Uratować komuś życie — to jest coś. To byłoby piękne zakończenie roku, to temat na przypięcie do górnej części tablicy na Fejsbuku…
Pomysł był dobry, a nawet znacznie lepszy. Był wręcz świetny. Ratować, ratować, kogoś przy życiu zachować — kołatało mi w ciężkiej po wczorajszym opłatku głowie. Zasłużyć na wdzięczność i na podziw. Być obiektem zazdrości, a nawet — kto wie — miłości. Nie ma co ukrywać — rok który właśnie przemija, nie był dla mnie łaskawy, ba — był fatalny, pomijając nawet fakt, że jak w latach poprzednich, nie wydałem kolejnej, a nawet pierwszej swojej książki, nie zdobyłem dobrej, a nawet byle jakiej pracy, nikt się we mnie nie zakochał, kot mnie opuścił, a w to miejsce odnalazł mnie komornik, którego przez lata całe skutecznie unikałem i zwodziłem. Wszystko zło, którego w tym roku od losu doświadczyłem, wyprostować mógłbym, ba nadrobić nawet, czyimś uratowanym przeze mnie życiem. Że też wcześniej na to nie wpadłem, że też tyle lat straciłem nie ratując żadnego, małego, dużego, ważnego, a nawet znikomego życia.
Czy to zresztą ważne, czyje życie się ratuje? Każde jest jedyne, wyjątkowe i zapewne raz dane. Tak, dość gadania; ratować, prędzej ratować!
Ba, ale kogo ratować? Sąsiadka jest już bardzo stara, ale na umierającą nie wygląda. Bo gdyby wyglądała, to bym się zaczaił, odczekał aż zasłabnie, a później wezwałbym pogotowie. Niestety, jak rzekłem, pani Zosia, pomimo 89 lat, wygląda ciągle żwawo. Tak żwawo, że patrząc na nią, czuję się jak pterodaktyl chory na progerię.
Kogo ratować, kogo? — myślałem gorączkowo. I wtedy przyszło olśnienie… Wszak, jeżeli każde życie jest jednakowo cenne, to uratowanym nie musi być przedstawiciel mojej rasy… Ssak, jakikolwiek, ssak wystarczy. Ssak czuje, każdy ssak życie smakuje. Ba, ptak nawet wystarczy, życie ptaka jest niepowtarzalne, jest piękne, jest namaszczone boskim tchnieniem, lub tchnieniem samej tylko Natury.
A ryba? Dlaczego nie ryba? — pytałem sam siebie. Oczywiście — uratowana może być też ryba i to ryba dowolna ! Rybę, rybę, uratować rybę! Sam jestem spod znaku ryby, a to także coś do kroćset znaczy! Ryba, to jakby moja rodzina, siostra moja, albo i córka. Ryba jest znakiem pierwszych chrześcijan, ryba ogólnie piękna jest .
Tak, ale gdzie i jak uratować rybę? Gdyby się na przykład topiła gdzieś w pobliżu, to bym ją wyciągnął na brzeg i reanimował. Gdyby… Mam! Uratuję życie karpiowi. A uratuję w ten sposób, że go nie kupię. Nie kupię, nie zjem, niech sobie żyje. Tak, wiem, że nie stać mnie na zakup karpia. Chociaż… gdybym dajmy na to znalazł dzisiaj na ulicy stówę... Tylu ludzi gubi przed Sylwestrem pieniądze, że to wielce prawdopodobne, takie znalezienie. Tak więc, powiedzmy, znajduję stówę, a choćby tylko pięćdziesiąt złotych, no i wtedy, tak właśnie wtedy, nachodzi mnie niespożyta ochota na karpia, a  ja tę ochotę zwalczam i zwalczam ją skutecznie, tak skutecznie, że przechodząc obok sklepu z rybami, omijam kolejkę stojącą po żywe karpie i idę dalej. Idę do marketu i kupuję w to miejsce kilogram żeberek.
A karp jest uratowany. Jest żywy, bo zwalczyłem ochotę na niego, bo mu tym zwalczeniem uratowałem jego rybie życie.
Tak, tak. Nie ma co zwlekać, trzeba iść i poszukać na mieście zgubionych pieniędzy. Trzeba iść, aby ratować!
Zaraz! Ależ ze mnie głupiec! Przecież karp, mój karp i tak dzisiejszego dnia nie przeżyje. Jeżeli nie ja, to ktoś inny go kupi, ktoś inny, zabije i zje.
Zje mojego karpia!
Więc to na nic, wszystko na nic! Uff, a może, może chociaż zemścić się na tym kimś, kto mojego karpia kupi? Jasne, ale jak odróżnię, jak rozpoznam, który z zakupionych karpi jest tym, z którego zrezygnowałem? Po czym poznam, że to mój, przeze mnie uratowany i własnoręcznie niezjedzony karp?
Wszystko jedno, najważniejsze, aby go przed śmiercią pomścić! Zbić mordę klientki lub klienta. Zbić, albo i coś więcej.
Pomścić w imieniu karpia, w imieniu wszystkich zamordowanych i zeżartych i jeszcze niezamordowanych i jeszcze niezeżartych karpi! W imieniu ryb w ogóle, a ryb hodowlanych w szczególności!
Podszedłem do kuchennego kredensu i sięgnąłem do szuflady. Zimne ostrze tasaka uspokoiło mnie i jednocześnie upewniło o słuszności podjętego postanowienia.
Wyszedłem z domu i torując sobie w świątecznym tłumie łokciami drogę, pospieszyłem w stronę pobliskiego sklepu rybnego.

(Ciąg dalszy nie nastąpi.)

poniedziałek, 1 lutego 2016

Słowa Schulza

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, jest dla nas nierzeczywiste — pisze Bruno Schulz w Mityzacji rzeczywistości:
Każdy fragment rzeczywistości żyje dzięki temu, że ma udział w jakimś sensie uniwersalnym. Stare kosmogonie wyrażały to sentencją, że na początku było słowo. Nienazwane nie istnieje dla nas. Nazwać coś — znaczy włączyć to w jakiś sens uniwersalny.
Jednakowoż słowo z biegiem czasu sztywnieje, ustala się, przestaje być przewodnikiem nowych sensów. Poeta przywraca słowom przewodnictwo przez nowe spięcia, które z kumulacji powstają.
Symbole matematyki są rozszerzeniem słowa na nowe zakresy. Także słowo jest pochodną słowa pierwotnego, słowa, które jeszcze nie było znakiem, ale mitem, historią, sensem.
Poezja — to są krótkie spięcia sensu pomiędzy słowami, raptowna regeneracja pierwotnych mitów.
Uważamy słowo potoczne za cień rzeczywistości, za jej odbicie. Słuszniejsze byłoby twierdzenie odwrotne: rzeczywistość jest cieniem słowa.
Filozofia jest właściwie filologią, jest głębokim, twórczym badaniem słowa.
Pytanie, czy tak rozumiana filologia wystarczy nam do poznania świata, nie ma właściwie sensu. Podpierając się mitem, matematyką, czy astrofizyką razem wziętymi, poznać możemy jedynie wąski wycinek Uniwersum.
Już samo odniesienie do cząstek znikomych, czyli kwantów, uzmysławia nam przestrzenie, z naszego punktu widzenia fizycznie nielogiczne, a nawet niemożliwe.
Ale — ufać nie powinniśmy nawet naszym ograniczeniom.  

środa, 27 stycznia 2016

Jeszcze tylko ta noc

Wyszedłem z siłowni wprost w słońce.
Ale…był jeszcze wiatr.
Jeszcze raz: Wyszedłem z siłowni w słońce i w wiatr.
26 stycznia, Szczecin, temperatura w środku miasta (a podejrzewam, że także w okolicach dzielnic peryferyjnych) +9ºC. No i ten wiatr — ciepły, utulający, ogarniający… Czułem w mięśniach wysiłek godzinnych zmagań z żelazem, a pod powiekami przyjemne znużenie nagromadzonej pod skórą gorącej pary, polewanych wodą kamieni w saunie.
Wysiłek, gorące i zimne kąpiele i ta — niemal wiosna na zewnątrz.

wtorek, 5 stycznia 2016

Pochwała zakłopotania

W tak zwanym wieku dojrzałym mamy już przeważnie zgromadzony kapitał moralnych form, oraz odniesień kulturowych i obyczajowych tak duży, że – zdawałoby się – czerpać z niego możemy jak starzy aktorzy, którzy z magazynu emocji, z lamusa mimik, z garderoby pantomimy wyjmować mogą poszczególne formy ekspresji, aby używać ich do powstałego kontekstu, do potrzeby uporania się z wynikłą sytuacją.

Brzoza

Jestem w Niemczech, niedaleko Kielu.
Miejscowość nosi nazwę Altenholz.
Siedzę przy oknie.
Piję kawę.

niedziela, 3 stycznia 2016

das Ehepaar

Na górze płacze dziecko.
Dziewczynka.
Ma 2 latka. Nazywa się Lotta. Jej ojciec, Jürgen jest na zasiłku. Ma 41 lat. Jest niski, fizycznie zaniedbany, namiętnie pali trawę. Po kryjomu, przed żoną. Chociaż ona wie.
Wciąż też chodzi na głodzie alkoholowym.

czwartek, 10 grudnia 2015

Czas Świętej Czkawki

...
Pisze Gombrowicz w relacji z letnich wypadów za miasto pt. Podróże i przygody:
"Na stacji w Mogilnie podjeżdża na nasz widok wiejski feudalny powóz, zaprzężony w parę srokaczy. Powóz imponuje nam, my imponujemy furmanowi za pomocą francuskich piosenek, furman koniom imponuje za omocą bata, konie pędzą wyciągniętym kłusem, imponując gapiom i gęsiom.
...
Uciekliśmy z miasta przed żywiołem upału, lecz tutaj, pod skrzydłem gościnnego dworu w Poznańskiem inny zagraża żywioł, żywioł żarcia. Straszliwy apetyt nie pozwala nam kontentować się zwykłym menu obiadowym. Pękają tamy, żarcie wdziera się do środka, zalewa powódź zup, mięso nadziewa podgardlaną, a przez dziurę w głowie jakby powiedział Chesterton, wsadzamy coraz nowe przedmioty miękkie, twarde, mokre, suche, zimne, gorące. Jedzenie odbywa się bez przerwy i toczy się niepowstrzymane przez wszystkie miejsca naszej egzystencji".

I oto znów nadchodzi i nadchodzi nieuchronnie kolejny Czas Świętego Wchłaniania.
Wkrótce, po podjętej ustami ze spoconej dłoni duchownego celebryty hostii, którą przyjmuje się na język i wprowadza do wnętrza organizmu z namaszczeniem, jakby to był motyl mający za zadanie przebycie układu trawiennego w formie nienaruszonej i opuszczenie go jak kwietnego kielicha  – rozpocznie się przeżuwanie, wciąganie, zasysanie, dopychanie łyżką, palcem, widelcem i nożem zawartości parujących stołów, aby w workach żołądkowych, w jelitach, a później w gazach, stolcach i – niekiedy – wymiocinach, pogrzebać tegoroczne sacrum.
Jezus przetrawiony, Jezus pomiędzy salcesonem, sałatką i schabowym, Chrystus podlany Finlandią, zaczopowany ogórkiem i przekłuty połkniętą w pośpiechu wykałaczką. A później wokalna czkawka zwana kolendą.
Alleluja!
Pointa odbywa się w samotności, w ciszy, a zwłaszcza w skupieniu.
Jeszcze tylko ożywczy szum wody w rezerwuarze...