Park Monceau

Park Monceau

Hier ist es hübsch. Hier kann ich ruhig träumen.
Hier bin ich Mensch - und nicht nur Zivilist.
Hier darf ich links gehn. Unter grünen Bäumen
sagt keine Tafel, was verboten ist.

Die Kinder lärmen auf den bunten Steinen.
Die Sonne scheint und glitzert auf ein Haus.
Ich sitze still und lasse mich bescheinen,
und ruh von meinem Vaterlande aus.

Kurt Tucholsky

niedziela, 1 stycznia 2017

Widok z parapetu

Te wasze gęby bezpowodnie rozradowane. Te wasze emocjonalne orgietki na bazie płynów oszałamiających. I usta — jak wodne młyny w których żarna zębów uruchamiane kolejnymi haustami alkoholu, rozcierają zgromadzone na stołach pokarmy. Tu wszelakie pożywienie — bita śmietana z fragmentem kaczki, świński zadek z krowim jęzorem, ogórek konserwowy z tortem ananasowym, między paszczękami zgodnie się jedna.

Tak, bez wątpienia to wasz wieczór, Najważniejszy Wieczór Roku do którego — choć on, ten rok, stary, słaby i zgarbiony — nie wahacie się strzelać z korków od szampana i z petard. Ubić starucha, przepędzić na cztery pierdy, zatopić w alkoholu i wymiocinach, które o czwartej nad ranem wyprowadzacie z gardzieli poprzez parapety i deski klozetowe. Szybciej, szybciej go przegonić! Mocniej, boleśniej dokopać, nabluzgać, a później spuścić na siwy łeb wodę w sedesie.
Spłukać zakałę ze świeżym kałem!
Wy nie umiecie inaczej — tylko frenetycznie, tylko z przesadą, tylko z wódką w jednaj i z petardą w drugiej dłoni. W jednym kąciku waszych ust mieszka nienawiść, epitet i plwocina — w drugim miłość, wzruszenie i ekstaza. Opluwacie i całujecie w tym samym momencie. Przytulacie jedną ręką, a drugą, z załzawionymi od wzruszenia oczami, łapiecie za szyję aby zmiażdżyć gardło.

Strasznie tak siedzieć przy was i patrzeć na te wszystkie czerwone, spocone, nabrzmiałe od pijackich, wzajemnie jakby wykluczających się emocji oblicza.
A jeszcze nie skończyliście bliźnim ubliżać, jeszcze wiszą w ciężkim od waszych oddechów powietrzu słowa którymi chłostaliście przed chwilą waszego znajomego, krewnego czy polityka, a już szukacie policzka najbliżej was stojącego brata w biesiadzie by obkleić jego twarz udawaną serdecznością i załganym życzeniem.
Miłość płynie z waszych ust jak posoka z aorty — gładko i spektakularnie.
Nienawiść tryska z waszych krtani, jak z woda z rynkowej fontanny, do której przebiła się zawartość armatury miejskiej kloaki.
A później wzdychacie, jęczycie i ciągle klniecie. Tak zaczynacie ten nowy, dobry, piękny rok. Taki kształt mu nadajcie, a później, jak zawsze pod koniec grudnia, dziwicie się jaki on był zły, brudny, nieszczęśliwy, nieudany.
Tak nieudany i tak nieszczęśliwy, jak wy nad ranem.
Którzy snujecie się pośród okaleczonych artefaktów waszego karłowatego emocjonalnie świata — wy obojętni, nienawistni, byle jacy…
Patrzę na was ze swojej małej wysepki jeszcze nieobrzyganej części parapetu i zastanawiam się, kiedy sprzątniecie kuwetę i kto nasypie mi karmy do miseczki.

czwartek, 29 grudnia 2016

Obcość normalności

Niemiecka normalność wydaje się dziwna, jest... jakaś nienormalna. Ta normalność niepokoi. Najpierw wycisza emocjonalnie i mentalnie, później poczyna się mgławić, otaczać tą mgłą przybysza z centrum Europy, oblekać, wreszcie zagrażać.
Narasta niepokój, który w końcu poczyna doskwierać. A doskwiera dlatego właśnie, że jest jej — tej normalności — zbyt dużo na raz i za gęsto w jednym miejscu.
Bo to dziwna sprawa — znaleźć się gdzieś poza miejscem zamieszkania, w miejscu całkowicie nowym, pośród ludzi wcześnie nieznanych, w przestrzeni języka, w którym się na dobrą sprawę na co dzień nie myśli i… czuć się normalnie.
I odwrotnie: jak to i dlaczego tak jest, że nie czujemy się u siebie normalnie — w swoim kraju, mieście, w swoim domu, a zdarza nam się odczuwać normalność tam, gdzie wszystko jest pozornie obce. Czy do normalności nie trzeba się wcześniej jakoś przyzwyczaić, zaakceptować ją, uznać za swoją, aby nazwać ją właśnie normalnością?
Tak, z pewnością, gdyż normalność to stan rzeczywistości już uznany, a więc wcześniej poznany (choć niekoniecznie bezpośrednio) i akceptowany. To coś, jakaś symetria, jakiś ogólny sens ku któremu na co dzień się zmierza, bo się go już poznało i uznało, a uznawszy, zaakceptowało. Bo się go umyśliło, ulubiło i już na stałe za nim zatęskniło.

Jeżeli więc normalność uczestniczy w wytwarzaniu poczucia sensu, a przez to i bezpieczeństwa, to jak w obcym środowisku poczuć można się normalnie? Ano można, gdy w tymże środowisku rozpozna się te cechy rzeczywistości, których w miejscu wcześniejszego pobytu brakowało, a które tu, pomiędzy obcymi, w sposobie ich zachowania i funkcjonowania, zostały odnalezione, jako te, które nadają sens otoczeniu, sens przez nas akceptowany.
Normalność domu, ulicy, sklepu. Normalność spojrzenia ekspedientki i przechodnia. Normalność programu telewizyjnego. Normalność, z której tym łatwiej wyłania się tu i ówdzie, a nawet gdziekolwiek oryginalność, nietuzinkowość. Nie ma zatorów dla różnorodności, nie ma ograniczeń dla inności. Jasne, ktoś jednak ode mnie wymaga przestrzegania reguł i tych reguł jest wiele, ale wiem, że i moje reguły są, że będą (ogólnie rzecz biorąc) akceptowane.

Dręczy mnie tylko pytanie, które powraca tutaj co dzień i w różnych sytuacjach: dlaczego — jeżeli to wszystko jest tak normalne, takie jakby moje — dlaczego wciąż chciałbym za tę normalność dziękować otoczeniu?
Bo tubylcy tego nie robią, oni nauczycieli się tej normalności wymagać. Żyją z nią, doświadczają jej codziennie, są przekonani, że ona im się należy. Mało tego — ta normalność, którą podziwiam z okna i z chodnika, na dobrą sprawę dla nich w zasadzie nie istnieje. Są w niej zanurzeni, oddychają nią i nie jest ona dla nich jakimś wyjątkowo odżywczym wysokogórskie powietrzem.
Dla mnie to jednak ciągle świat za szybą. Ta szyba traci jakby na grubości, ale wciąż wokół mnie jest.
A właściwie nie wokół — ona jest we mnie.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Uratować karpia



Dzisiaj rano postanowiłem uratować komuś życie.
Dawno nie ratowałem — pomyślałem sobie. Życie jest kruche, piękne i (wbrew temu, co głoszą przeróżni prorocy) niepowtarzalne. Uratować komuś życie — to jest coś. To byłoby piękne zakończenie roku, to temat na przypięcie do górnej części tablicy na Fejsbuku…
Pomysł był dobry, a nawet znacznie lepszy. Był wręcz świetny. Ratować, ratować, kogoś przy życiu zachować — kołatało mi w ciężkiej po wczorajszym opłatku głowie. Zasłużyć na wdzięczność i na podziw. Być obiektem zazdrości, a nawet — kto wie — miłości. Nie ma co ukrywać — rok który właśnie przemija, nie był dla mnie łaskawy, ba — był fatalny, pomijając nawet fakt, że jak w latach poprzednich, nie wydałem kolejnej, a nawet pierwszej swojej książki, nie zdobyłem dobrej, a nawet byle jakiej pracy, nikt się we mnie nie zakochał, kot mnie opuścił, a w to miejsce odnalazł mnie komornik, którego przez lata całe skutecznie unikałem i zwodziłem. Wszystko zło, którego w tym roku od losu doświadczyłem, wyprostować mógłbym, ba nadrobić nawet czyimś uratowanym przeze mnie życiem. Że też wcześniej na to nie wpadłem, że też tyle lat straciłem nie ratując żadnego, małego, dużego, ważnego, a nawet znikomego życia.
Czy to zresztą ważne, czyje życie się ratuje? Każde jest jedyne, wyjątkowe i zapewne raz dane. Tak, dość gadania; ratować, prędzej ratować!
Ba, ale kogo ratować? Sąsiadka jest już stara, ale na umierającą nie wygląda. Bo gdyby wyglądała, to bym się zaczaił, odczekał aż zasłabnie, a później wezwałbym pogotowie. Niestety, jak rzekłem, pani Zosia, pomimo 89 lat, wygląda ciągle żwawo. Tak żwawo, że patrząc na nią, czuję się jak pterodaktyl chory na progerię.
Kogo ratować, kogo? — myślałem gorączkowo. I wtedy przyszło olśnienie… Wszak, jeżeli każde życie jest jednakowo cenne, to uratowanym nie musi być przedstawiciel mojej rasy… Ssak, jakikolwiek, ssak wystarczy. Ssak czuje, każdy ssak życie smakuje. Ba, ptak nawet wystarczy, życie ptaka jest niepowtarzalne, jest piękne, jest namaszczone boskim tchnieniem, lub tchnieniem samej choćby Natury.
A ryba? Dlaczego nie ryba? — pytałem sam siebie. Oczywiście — uratowana może być też ryba i to ryba dowolna ! Rybę, rybę, uratować rybę! Sam jestem spod znaku ryb, a to także coś do kroćset znaczy! Ryba, to jakby moja rodzina, siostra moja, albo i córka. Ryba jest znakiem pierwszych chrześcijan, ryba ogólnie piękna jest .
Tak, ale gdzie i jak uratować rybę? Gdyby się na przykład topiła gdzieś w pobliżu, to bym ją wyciągnął na brzeg i reanimował. Gdyby… Mam! Uratuję życie karpia. A uratuję w ten sposób, że go nie kupię. Nie kupię, nie zjem, niech sobie żyje. Tak, wiem, że nie stać mnie na zakup karpia. Chociaż… gdybym dajmy na to znalazł dzisiaj na ulicy stówę... Tylu ludzi gubi przed Sylwestrem pieniądze, że to wielce prawdopodobne, takie znalezienie. Tak więc, powiedzmy, znajduję stówę, a choćby tylko pięćdziesiąt złotych, no i wtedy, tak właśnie wtedy nachodzi mnie niespożyta ochota na karpia, a  ja tę ochotę zwalczam i zwalczam ją skutecznie, tak skutecznie, że przechodząc obok sklepu z rybami, omijam kolejkę stojącą po żywe karpie i idę dalej. Idę do marketu i kupuję w to miejsce kilogram żeberek.
A karp jest uratowany. Jest żywy, bo zwalczyłem ochotę na niego, bo mu tym zwalczeniem uratowałem jego rybie życie.
Tak, tak. Nie ma co zwlekać, trzeba iść i poszukać na mieście zgubionych pieniędzy. Trzeba iść, aby ratować!
Zaraz, zaraz! Ależ ze mnie głupiec! Przecież karp, mój karp i tak dzisiejszego dnia nie przeżyje. Jeżeli nie ja, to ktoś inny go kupi, ktoś inny, zabije i zje.
Zje mojego karpia!
Więc to na nic, wszystko na nic! Uff, a może, może chociaż zemścić się na tym kimś, kto mojego karpia kupi? Jasne, ale jak odróżnię, jak rozpoznam, który z zakupionych karpi jest tym, z którego zrezygnowałem? Po czym poznam, że to mój, przeze mnie uratowany i własnoręcznie niezjedzony karp?
Wszystko jedno, najważniejsze, aby go przed śmiercią pomścić! Zbić mordę klientki lub klienta. Zbić, albo i coś więcej.
Pomścić w imieniu karpia, w imieniu wszystkich zamordowanych i zeżartych i jeszcze niezamordowanych i jeszcze niezeżartych karpi! W imieniu ryb w ogóle, a ryb hodowlanych w szczególności!
Podszedłem do kuchennego kredensu i sięgnąłem do szuflady. Zimne ostrze tasaka uspokoiło mnie i jednocześnie upewniło o słuszności podjętego postanowienia.
Wyszedłem z domu i torując sobie w świątecznym tłumie łokciami drogę, pospieszyłem w stronę pobliskiego sklepu rybnego.

piątek, 23 grudnia 2016

Średnia półka

Średnia półka jest najgorsza.
Mali i mniejsi wiedzą, gdzie ich miejsce.
No, raczej wiedzą. Ale nawet gdy nie wiedzą, to i tak jest z nimi nieźle, bo inni wiedzą, że oni nie wiedzą i ci inni biorą sobie poprawkę na to, że tamci, mali, kierowani niewiedzą, uzewnętrzniają swoje autoniedoinformowanie w sposób sobie właściwy, a nadto technicznie trywialnie łatwy do skanalizowania. Stąd nie ma więc zagrożenia, bo jest poprawka na zadymiarza.
W sumie kanalizowanie frustracyjnych pierdnięć w Net jest OK — jest proste, tanie, a efekty szybko zauważalne. Zadymiarz powodowany prostymi emocjami, które nad nieprzebudzonym intelektem biorą u niego górę, wciska w klawiaturę swoją nijakość i mało go obchodzi, że te wszystkie warknięcia, chrząknięcia i pierdnięcia niegramatyczne są, nieortograficzne są i że są mało lub w ogóle nieprzemyślane.
Takich więc takich zostawmy.
Zostawmy też tych z półki o najwyższym potencjale mentalnym, najintensywniejszym współczynniku namysłu i najwyższej umiejętności abstrahowania — oni także wiedzą, gdzie ich miejsce, a w każdym razie wiedzą, że ich miejsce implikuje, wymaga i narzuca im ten, czy inny pogląd na rzecz społeczną, na świat dookolny, na sytuację w polityce, w kulturze, w tym wszystkim, czym żyją i czym żyją ludzie mieszkający obok nich i nieco dalej niż obok, np. poza granicą ich kraju.
Najgorsi — jak mówię — są ci średni. Ci, co trochę duzi, ci z osiągami na tym i innym polu. Oni wydali tomik lub książkę. Oni zasiadali w tej, czy innej ławie, ich pokazywano w mediach, ich cytowano, oni oczekują jeszcze jednej szansy, jednego wzięcia, łakną kolejnego nad poziomy wyrośnięcia.
Mizdrzą się więc na portalach społecznościowych do znajomych i do samych siebie. Przypominają o sobie społeczeństwu lub choćby tylko najwierniejszym fanom, o przynależności do grona twórców, działaczy lubo myślicieli. Wysuwają się z dawnych fotografii, na których oni i Ten lub Tamten z nimi wspólnie, pospołu, przy alkoholu lub świątecznej kaczce, albo na których oni i Tamci Wszyscy jako Jury wspólnie o czymś lub o kimś decydowali. Twarze mają zwietrzałe lub nalane, czoła pofałdowane, okna w pokojach zakratowane albo zaciągnięte ciemnymi kotarami. Nie mają kwiatów na parapetach do podlania, bo nawilżając dracenę, trzeba ludziom z ulicy pokazać domowe oblicze. A to jest niebezpieczne. Ktoś może przez szybę dostrzec w ich twarzach zmęczenie, lub co gorsza przerażenie. Albo odkryć skrywaną od lat niechęć do gołębi. W tej grupie społecznej i w tym kręgu mentalnym twarzy się nie pokazuje tylko demonstruje. A demonstruje się takie oblicze, jakie chcą widzieć ci, którzy na taką a nie inną fizjonomię liczą właśnie.
Twarz winna być skrojona na potrzebę tego, czy innego wydawcy, tego, czy innego pracodawcy lub zarządcy stacji medialnej. Więc ostrożnie z Fejsbookiem: nie obnażyć twarzy, nie ujawniać prywatnego poglądu, nie zajmować stanowiska, nie psioczyć na żadną partię, na kościół, na ugrupowanie.  Na nikogo nie kląć, nie piętnować. Zdjęcia miłe ukazywać, dowcipy udostępniać, dziewczęta do kadru zapraszać. I mizdrzyć się i oko z ekranu do ludzi puszczać. Że tam gdzieś Niemców ciężarówka pomiażdżyła, że prawo w kraju jest dnia każdego gwałcone, że kobiety poniewierane, że księża krzywdzą dzieci… Co tam — zobaczcie jak mi z blondynką do twarzy, spójrzcie jak ja bardzo kocham samotne pieski i ślepe kotki (bo wszak je także, albo przede wszystkim kochać trzeba). Kocham zwierzęta, a to zaświadcza o tym, że mam serce do stworzenia.
Tak, wiem — każdy ma prawo do swojej tablicy takiej, jaką sobie przez lata na FB wystrugał. Tylko, że ludzie na których poprzez monitor patrzą setki i tysiące innych (z mniej, czy bardziej słusznym podziwem) mogą wiele w tym, czy innym temacie zdziałać, podpowiedzieć, pouczyć, mogą dać przykład.
Patrzę na dużych: Wiktor Zborowski — jasne poglądy, które wyraża szczerze, wręcz dosadnie, Krystyna Janda — cierpiała już z powodu swojej politycznej szczerości, ale jest jej wierna, Daniel Olbrychski — zerwał współpracę z Anną Chodakowską bo zbyt blisko jej do PiSu, Brygida Helbig — znana pisarka i pracownik naukowy w Polsko-Niemieckim Instytucie Badawczym i Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie… I inni — dziesiątki i setki znanych postaci. Zbierają cięgi, ryzykują, ale mają zdanie, jakieś zdanie.
Ktoś kiedyś powiedział: to, co przemilczasz, zamyka cię.

Pozdrawiam Was — wy, ładni, ostrożni, przycupnięci.
Wy, którym w ciągłym przysiadzie najbardziej do twarzy.

środa, 15 czerwca 2016

Damals und heute...


Jesteś czułością miłości i ciągłym pożądaniem czułości.
Jesteś moja tak bardzo jak nikt — jak ja swój nie jestem.  
Jesteś w moim id, w moich dawnych snach o Tobie, gdy jeszcze Cię nie znałem, gdy nie podejrzewałem, że istniejesz, że urodzisz się w moje ramiona.
Kocham Cię bardziej niż siebie, uznaję siebie bardziej poprzez Ciebie — bardziej bo jesteś moją częścią niespełnioną, wierszem, który zawsze najpiękniejszy i zawsze przede mną. 
Moim pierwszym zachwytem pocałunkiem i wzruszeniem pierwszej, zdumionej sobą pieszczoty.
Pragnieniem zatopienia się, zespolenia się w Twoim czuciu, myśleniu i oddechu.
Wiarą w sens rozpadu każdej chwili, która, odchodząc,  umniejsza czas  odgradzający nas od dalszych pieszczot.

niedziela, 10 kwietnia 2016

Którzy przeszkadzacie mi w cierpieniu

Oni ożywają wtedy, gdy inni umierają.
Śmiercią karmi się zarówno ta partia, jak i ta wiara.
Wiara w człowieka (lub też w boga) na krzyżu. Oni mówią mi, że powinienem — ba, że muszę wciąż przeżywać czyjąś śmierć. Śmierć ich boga (lub też człowieka) na krzyżu, a także śmierć tych, którzy zginęli w prezydenckim samolocie.
Piękni to byli ludzie — podobno mądrzy, dobrzy, taktowni.
Prawie jak ten pan na krzyżu, którego ciało przynoszą nam wciąż kapłani przed oczy.
Mam na ten temat swoje zdanie — byli ludźmi.
Dlaczego nie pokażą, dlaczego nie zwizualizują ciała tego Prezydenta Który Nam Zginął tak, jak ukazali młodego Żyda na krzyżu z otwartą raną od ciosu włócznią? Wszak nieporównanie mocniej działałby na emocje tłumu widok zmasakrowanych zwłok człowieka, aniżeli uśmiechnięta, upiększona w programie graficznym, mądra i łagodna twarz tego, Który Zginał i Jego Żony.
Ktoś tym ludziom odebrał życie? Ktoś zły, ktoś bardzo okrutny? Taki sam, jak ten, który zdradził i zaprowadził Jezusa na krzyż? Mam prawo w to nie wierzyć. I z prawa tego w zaciszu sumieniu mojego korzystam.
Tylko, że wy mi w tym przeszkadzacie.
Ja chciałbym bardziej o kruchości ludzkiego losu i ludzkiego ciała pomyśleć. O tym, jak bardzo bezradni jesteśmy i bezbronni i krótkotrwali. Jak ulotne są nasze miłości, namiętności, nasze sny i nasza — najsilniejsza nawet — wola trwania.
A wy każecie mi nienawidzić. I pokazujecie, kogo nienawidzić mam. Bo — być może — z mojej nienawiści powstaną demony, które pójdą do was na służbę. Z niechęci zrodzą się szakale, które pobiegną, aby służyć wam — hienom.
Podnosicie na placach krzyże ze zwłokami człowieka, który — jak mówicie — umarł za was, a spodem, za sobą, wzdłuż ulicy, ciągniecie inne jeszcze ciała; porozrywane przed laty w katastrofie ludzkie szczątki.

I łączycie człowieka umarłego kiedyś na krzyżu z tymi, zmasakrowanymi w katastrofie ciałami, krzycząc, że ludzkie zło ich zabiło i że wiecie jakie to zło i jacy ludzie. Wycieracie sobie metafizycznymi i namacalnymi trupami ręce i twarze, a później — zakrwawieni, bo nigdy do końca z krwi nie domyci, siadacie do kolacji, dysząc i wypluwając w talerze tą swoją urojoną nienawiść.

Tak też zasypiacie; szczelnie w nienawiść okutani.

Na świecie istnieją większe zła i gorsze cierpienia od gwałtownej śmierci w uderzającym o ziemię samolocie, a także od bólu ciała przybitego do krzyża. Każdego dnia ludzie cierpią straszniej i są bardziej osamotnieni od waszego Jezusa, na którego czekał ojciec w jasnym niebie.

Wielki ból trwa w milczeniu, gdyż przekracza barierę słów i nie umie się w nich dostatecznie wyrazić.
Najszczersze współczucie zamyka się w ciszy, bo obawia się banalnością werbalnej pociechy dotknąć materii smutku.
Wy — rozkrzyczani i zaperzeni, wy — sunący pod wielkimi transparentami wzdłuż ulicy, wy, którzy zawsze wiecie, z której strony stoi kamera; wy — mali i rozszczekani ludzie — biada wam!
I biada przy was także nam.    



 

wtorek, 23 lutego 2016

Opiekunka pani Zosi

Do naszej sąsiadki, Pani Zosi (86), przychodzi we wtorki opiekunka — także starsza pani, choć od podopiecznej nieco młodsza. Na imię ma ta pani opiekunka Pelagia, albo Klara — w każdym razie z pewnością jakoś staroświecko.
Otóż pani Klara (albo Pelagia) zwykła włączać odkurzacz o godzinie 7.30, aby wydepilować wspólny naszym mieszkaniom korytarz. Oczywiście wydepilować jedynie tylko w swojej części. Odkurzacz —  jak zdążyłem zauważyć, raczej staroświecki — funkcjonuje bardzo głośno.
Aby przebić się przez wywoływaną obsługiwaną maszyną falę dźwiękową, pani Pelagia (albo Klara), natęża struny głosowe i wydobywa z organu ortodontycznego przeciwstawną maszynie odpyłowującej podłogę, skrzekliwą falę dźwiękową, która to fala ma za zadanie dotrzeć w sposób maksymalnie zrozumiały do anatomicznego aparatu odbiorczego pani Zosi.
Pani Zosia jest nieco przygłucha.
Stopery, których od czasu pewnego w poniedziałki do spania zakładam, są w stanie jedynie częściowo zniwelować trzy, przeciwstawiające się sobie fale dźwiękowe. Trzy, albowiem chwilami do głosu opiekunki i odkurzacza, dołącza krzyk pani Zosi, która stara się utrzymać dyskurs, posyłając co jakiś czas w stronę opiekunki zwerbalizowane pakiety informacyjne.
Tak trwa co wtorkowa, poranna rozmowa.
Od pewnego czasu staram się pominąć owe ranne cierpienia w sposób taki oto, że wstaję przed nadejściem opiekunki, dokonuje pobieżnych ablucji i siadam do komputera ze słuchawkami na uszach.
Tak też uczyniłem dzisiaj. Siorbiąc kawę i przeglądając njusy na FB, odsłuchiwałem któryś z internetowych kanałów serwujących chillout, gdy kątem ucha usłyszałem śpiew czyjś postronny, poboczny, od słuchawek oderwany, gdzieś zza drzwi, czy ściany dobiegający.
Śpiew łagodny, fachowo modulowany, tęskny, ciepły, kobiecy, kojący…
Zdjąłem słuchawki i strzygąc uszami podszedłem do drzwi zza których śpiew dobiegał. Właśnie zamilkł odkurzacz i głos zabrzmiał mocniej, swobodniej. Otworzyłem cicho drzwi i ujrzałem znielubianą mi, starawą opiekunkę starej sąsiadki.
Śpiewała.
Po ukraińsku.
Śpiewała piosenkę, którą nuciła mi kiedyś mama.
Cofnąłem się do pokoju, ale nie domknąłem drzwi.
Odsłuchałem przez szparę śpiewu do końca.
Powróciłem do komputera.
Otarłem łzę.
Ludzie różnią się najczęściej od awatarów, które im pochopnie w okolicy twarzy zawieszamy.